Ze Zdzisławem Bylokiem, właścicielem gospodarstwa rybackiego w Jaworzu - rozmawia Maurycy Hankiewicz
Jest Pan właścicielem gospodarstwa rybackiego. Jakie były jego początki?
- Jako oficer nawigator na statku, zdawałem sobie sprawę, że mogę popełnić błąd w sztuce i gdybym to zrobił, to zaważyło by to na mojej pracy. Byłem swego czasu w Vancouver. Stamtąd wypływaliśmy w morze. Tak się złożyło, że przyszedł do nas Polak w poszukiwaniu kogoś, kto pomógłby mu w gospodarstwie rybackim. Za zgodą przełożonych, przebywałem u niego przez jakiś czas. Właściciel hodował m.in,. pstrągi. I tak zaczęła się moja przygoda z tym gatunkiem ryb.
Być może to zadecydowało, że porzucił Pan życie „ wilka morskiego” i osiadł tu w Jaworzu.
- To była trudna decyzja. Po pierwsze - założenie gospodarstwa od podstaw to są duże pieniądze. Po drugie - charakter życia na morzu różni się ogromnie od życia na lądzie. Do jednego i drugiego trzeba się przyzwyczaić. Aby to gospodarstwo doprowadzić do takiego stanu, jak widać obecnie, potrzebowałem wziąć kredyt. Dawniej tu była żwirownia. Teren należało zrekultywować. Postanowiłem odkupić ten teren od właściciela, z zamiarem założenia gospodarstwa rybackiego. Był rok 1980. Rok później przystąpiłem do prac ziemnych i tak powoli moje gospodarstwo zaczęło nabierać realnych kształtów.
Z tego co mi wiadomo, specjalizuje się Pan w hodowli pstrąga górskiego. Skąd akurat ten gatunek ryby Pana zainteresował?
- To jest ryba trudna w hodowli, a ja lubię wyzwania. Mamy tu własną wylęgarnię. W grudniu sprowadzamy ikrę znad morza - z gospodarstwa, które się w tym specjalizuje. Pstrąg źródlany został wpisany do Rejestru Produktów Tradycyjnych przez MRiRW jako pstrąg górski. To, co jest dla tej ryby charakterystyczne, to brak łuski. Nie trzeba jej skrobać. Mimo tej zalety, nie jest ona dostępna w żadnym markecie czy sieci handlowej. Hodowców zajmujących się w Polsce tym gatunkiem pstrąga jest niewielu. Inni próbowali to robić, ale im się nie udało. Hodują pstrąga tęczowego. Ten gatunek jest powszechny w Biedronce czy Makro, ale ja go nazywam rybim brojlerem, bo ma szybko urosnąć, szybko być sprzedany, aby szybko zdobyć pieniądze.
Skoro omija Pan sieci handlowe, to z pewnością ma Pan własny rynek zbytu…
- Faktycznie, mamy własny rynek zbytu, który nas zadawala. Nie ukrywam, że cena ryby jest wysoka, ale przecież jest on trzymany w warunkach zbliżonych do naturalnych, a to kosztuje. Warunki chowu rzutują na jego jakość i walory smakowe, co doceniają nasi odbiorcy. Ryba, aby dobrze się czuła i nie chorowała, musi być trzymana w odpowiednich warunkach. Nie może być zbyt stłoczona, czyli musi mieć swoją przestrzeń życiową. Stąd w naszych stawach trzymamy maksymalnie 2 t ryby, podczas gdy inni na tej samej powierzchni trzymają do 5 ton. Nie bez znaczenia jest także jakość wody. Tu u mnie jest woda I klasy czystości, co przekłada się na jakość ryby i tym samym popyt.
Natknąłem się na informację, że odbywał się tu dawniej Festiwal Pstrąga. Czy to wydarzenie jest nadal kontynuowane?
- Faktycznie tak było. Jak byłem wójtem gminy, to był mój pomysł. Potem, kiedy zakończyłem działalność jako wójt, mój zastępca nie podjął tego tematu i pomysł przepadł.
Pełnił Pan i pełni nadal szereg funkcji równocześnie. Był Pan wójtem, jest Pan prezesem Lokalnej Grupy Rybackiej (LGR), prowadzi gospodarstwo . Jak pogodzić to wszystko?
- Ta moja aktywność zawodowa i społeczna wynika z przeszłości rybackiej, którą wykonywałem przez 22 lata. Pełnienie wachty, nadzór nad podległymi mi ludźmi, samodyscyplina i odpowiedzialność – to cechy, które ukształtowały mój stosunek do życia i pracy na co dzień. Jeśli podejmuję jakąś decyzję, to ją realizuję, biorąc za nią pełną odpowiedzialność.
Wróćmy do gospodarstwa. Ile osób w nim pracuje i czy ma Pan następcę do jego prowadzenia w przyszłości?
- Już jestem na etapie stopniowego przekazywania wszystkiego synowi. Ukończył on AGH w Krakowie, ale - będąc przy mnie - pomagał mi w prowadzeniu biznesu. Dzięki temu stał się rybakiem. Tak więc oprócz mnie i syna w gospodarstwie zatrudniony jest jeszcze jeden pracownik. W okresie świąt, zatrudniam jeszcze dodatkowo 5-6 osób ze względu na nawał prac. Muszę także dodać, że prowadzę też gospodarstwo karpiowe, wydzierżawione od Instytutu Zootechniki w Grodźcu Śl., w którym produkcja karpia odbywa się metodami ekologicznymi. Tam też mam ubojnię. Na części stawów mam zamiar wprowadzić amura. Czy w związku z taką metodą produkcji karpia, nie starał się Pan o certyfikat ekologiczny?
- Jeszcze nie, bo jesteśmy ciągle na etapie kształtowania produkcji tego typu. Zresztą, nie wyobrażam sobie tam innej produkcji, jak tylko ta ekologiczna. Karmimy karpie pszenicą, co nadaję rybie specyficzny smak, a przede wszystkim ryba ta nie jest tłusta. Karpia sprzedajemy go tylko na zamówienie osób prywatnych i właścicieli restauracji. Można powiedzieć zbudowaliśmy swój własny rynek. Dzięki temu nie musimy się martwić o zbyt. Klienci nasi od lat zamawiają rybę, wiedząc, że towar będzie najwyższej jakości.
Proszę zdradzić swoje plany czy zamierzenia na przyszłość.
- To będzie w dużej mierze zależało od syna, jak on do tego podejdzie. Wybudowaliśmy punkt sprzedaży bezpośredniej, na który dostaliśmy dofinansowanie. Na zapleczu punktu mamy zbiorniki wewnętrzne, w którym przechowujemy rybę do sprzedaży w okresie zimowym kiedy woda zamarza. W lecie zbiorniki służą nam jako miejsce przyrostu narybku. To, z czym zmagamy się obecnie, to deficyt wody. Poziom wód gruntowych gwałtownie spada, a przecież woda to dla mnie „być albo nie być”. Musimy podjąć takie działania, aby wody było pod dostatkiem i nigdy jej nie brakowało. Myślę, że syn mi podrzuci jakiś dobry i skuteczny sposób.
Pozostaje mi tylko życzyć sukcesów i realizacji planów, które ma Pan w zanadrzu.
„Śląskie Aktualności Rolnicze”
ŚODR Częstochowa

















































































































































